Janusz Korwin-Mikke. Polityk i gracz pokera - wywiad. Cześć pierwsza
Na naszych stronach znajdziecie wiele znanych nazwisk ze świata pokera. Są to ludzie znani wszystkim graczom pokera na całym świecie. Ale chciałbym zaprezentować Wam osobę, której większość by nigdy nie podejrzewała o jakie kol wiek powiązania ze światem pokera. Poniżej prezentujemy pierwszą część wywiadu, jaki przeprowadzili dziennikarze „Super Expressu” ze znanym politykiem partii UPR (właściwie jej szefem), Januszem Korwin-Mikke.
- Ci, którzy pana bliżej znają, mówią o panu "Wielki Szu"... Jaka była największa wygrana, jaką pan zgarnął? - Kilka średnich pensji. Trudno dziś rzucać jakimiś konkretnymi kwotami, ale nie było to mało. Kiedyś karty były dla mnie głównym sposobem utrzymywania rodziny. Pamiętam jedne wakacje, które spędziłem na graniu w brydża ze znanym okulistą i prawnikiem z kancelarii Lecha Wałęsy. Wtedy na stoliku były niemałe pieniądze! Ale w pokera grywałem głównie po melinach. Z różnymi ludźmi. Pamięta pan poetę Edwarda Stachurę? Nieraz siedziałem z nim przy jednym stole.
- "Sposób na utrzymanie rodziny"? To znaczy, że był pan zawodowym hazardzistą! Choć grałem często na pieniądze, to nie uprawiałem hazardu. Hazard jest wtedy, gdy w jakiejś grze pieniężnej o wygranej decyduje los! W pokerze przypadek ma niewielkie znaczenie. Trzeba być przede wszystkim dobrym psychologiem, szybko liczyć i dużo zapamiętywać. Zawodowy pokerzysta pamięta kolejność kart z poprzedniego rozdania, bo po potasowaniu jest duże prawdopodobieństwo, że dwie karty znowu będą obok siebie.
- Domagał się pan legalizacji domów publicznych. Zablokował pan likwidację lumpeksów. A może spowoduje pan, że legalnie będzie można grać w pokera na pieniądze. Dziś to nielegalne? - I to jest skandal! Napawa mnie to zdumieniem. Poker powinien być legalny! Bo niby dlaczego czterech facetów ma nie spotkać się i nie pograć w karty. Chodzi chyba o to, żeby nie robić konkurencji tym, co grają w kasynach w ohydnego Black Jacka.
- Dlaczego ohydnego? - Prawdziwy poker to zupełnie inna gra! Jak mówiłem, liczą się w niej umiejętności, a nie przypadek.
- Skąd się wzięła u pana miłość do kart i innych gier? - Moja mama zginęła w Powstaniu Warszawskim, trafił ją odłamek, ojca więzili komuniści. Wychowywała mnie babcia. To ona mnie wszystkiego nauczyła. Graliśmy w szachy, warcaby i osławione "66", nazywane popularnie zychcyk.
- Ale chyba z babcią nie grywał pan na pieniądze? - Oczywiście, że nie! Na pieniądze najwięcej grałem w czasach ciężkiej komuny. Był taki rok, że pisałem dziennie po kilka artykułów, a drukowano mi tylko jeden. Graniem zarabiałem wtedy za życie. Brydż, szachy, go, warcaby...
- A miał pan swoich mistrzów? - Kiedyś grałem w akademiku trzy dni i dwie noce. Karta szła mi różnie aż do chwili, gdy za moimi plecami stanął "Biały", jeden z najlepszych pokerzystów Warszawy. Zaczął mi podpowiadać, kiedy mam rzucić karty, a kiedy licytować. Po 20 minutach gry byłem do przodu spore pieniądze.
|
|